Nazywam się Marcin Mrzygłocki i jestem fotografem, u którego ujrzycie się w niecodziennym i zaskakującym świetle.
Z jednej strony jest to w pełni dosłowna deklaracja, gdyż buduję kadry na świetle i kolorze w unikatowy sposób, próbuję wycisnąć co się da, zarówno z zastanego oświetlenia, jak i własnych lamp, jednak to nie wszystko: tak samo szukam światła oraz barw w Waszych wnętrzach, tej istoty rzeczy, która jest wyrazem Waszej siły oraz dumy.
Choć urodziłem się w Warszawie, jest to lapsus wymuszony obecnością szpitala i od samego początku mieszkam w Błoniu. Szukając mnie w tłumie, kierujcie się wiekiem i sylwetką Karolaka z niesławnego serialu sprzed prawie dwóch dekad, choć ozdobionego łysiną zamiast czupryną, wcale nie z wyboru.
Od czego się zaczęło?
Wokół fotografii krążyłem od dawna, coś mnie ciągnęło bez ustanku, nawet jeśli się opierałem; wyrazem tego była samozwańcza rola „smartfonowego” fotografa na różnych wyjazdach grupowych czy spora kolekcja importowanych fotoksiążek.
この世で大事なもの
探してみたけど
そう 命以上のものは
見つからなかったよ
Pierwszy poważny krok nastąpił w 2019 roku: Amir Gumerov zainspirował mnie do kupienia wyższej klasy sprzętu od Sony. Fala entuzjazmu jednak szybko wygasła, gdyż czułem, że nie jestem w stanie znaleźć sensu w ówczesnych zdjęciach, zaraz potem dopadła pandemia… i zacząłem szukać sensu także w życiu.
Czułem coraz mocniej, że fotografia coraz bardziej jest dla mnie kierunkiem nie do uniknięcia, więc w 2021 roku utworzyłem konto na Instagramie i zacząłem odkrywać nowe światy, wśród których szczególnie zaciekawiły mnie wzmianki o JazzOneKids, zatem wiedziony ciekawością trafiłem po raz pierwszy na zawody tańca sportowego – i to było odkrycie! Wciągnęło mnie jak bagno, wcale się nie opierałem. W ciągu 2022 poznawałem taniec i „zarażałem” się coraz mocniej i tak od 2023 roku działam jako oficjalny fotograf na różnych turniejach, na tym się jednak nie skończyło…
Czego nie uzyskam na turniejach, szukam na sesjach: świadomie dobranego światła i kadru, najlepszej ekspresji, i to wszystko w dowolnym miejscu, bez planowania oraz późniejszej edycji, wszystko osiągnięte i stworzone na żywo, dając wspomnienia i doświadczenia nie do osiągnięcia przy zdjęciach bazujących na sztucznie dodanych elementach. Sam wiele lat spędziłem przed ekranem, czas na coś całkowicie odmiennego!
孤独に疲れて
引きこもった人が
外の暖かさに
気づくみたいに…
Piękne kadry to jednak nie wszystko: nadal szukam informacji oraz sposobów działania, kontaktów, gdyż rzeźbienie światłem to nie wszystko: potrzebuję Was fruwających w kadrze, nasycających energią! Na cóż się zda pusta przestrzeń? Samotnego śpiewu nikt nie usłyszy…
O nazwie
Pierwsze, co możecie zobaczyć w nazwie, to motyl: lekkość, bogactwo kolorów oraz geometria kadru są rzeczywiście ważną częścią mojej twórczości. Słowo jest dźwięczne, ma być wdzięczne w mowie i słuchu, ma być zabawą, nie mimowolną naganą dla słuchacza!
Kolor czy światło są jednak tylko narzędziem: szukam piękna, które jest tworzone wyłącznie pracą, wytrwałością, nie jest szybkim i łatwym dodatkiem błyskotki czy materialistycznego gadżetu, a spójnym dziełem i wyrazem siły wewnętrznej, promieniującej i formującej wszystko wokół. Siły, która nie istnieje sama dla siebie, lecz dzieli się radością i pociąga za sobą innych, inspiruje i zachęca.
To nie wszystko: wiecie, co wielu robi, jak znajdzie pięknego motyla? Przyszpila go. Przekłuwa i zabija. Ważną dla mnie wizją i celem fotografii jest stworzenie obrazu świata bez kłucia oraz podobnych form okaleczania, wyrażenie sprzeciwu wobec piercingu, kolczykowania, jak też niemej społecznej zgody oraz akceptacji na szkodzenie sobie oraz innym, która niezmiennie trwa, nieuświadomiona. Chcę widzieć żywe motyle, nie przyszpilone, przekłute.
Czym jest sama Motylkownia? Skąd się wzięła?
Dlaczego Motylkownia? Mógłbym się nazwać Marcin Mrzygłocki Photography, jak wielu to robi, pomijając torturowanie Was przy próbie poprawnego zapisania mojego nazwiska za pierwszym razem, jednak nie: chcę, by nazwa podpowiadała, jaki mam styl, czego szukam, jaką mam wizję, czemu już dałem wyraz powyżej.
Skąd się jednak wzięło słowo? Przyśniło mi się. Naprawdę, oto treść:
Wsiadam w Błoniu do pociągu, który przez Warszawę jedzie na południe (Radom), i to dość daleko; Celestynów niby podany jako kierunek, ale trasa jednak inna i dalsza. Odjazd koło 16. Siedzę w pociągu, obserwuję zakręt w Warszawie z KM3 na KM8, zafascynowany rzadkim kierunkiem. Gubię wątek, odzyskuję świadomość po dłuższym czasie – już się ściemnia, wokół całkowicie nieznane widoki, obserwuję, gdzie jedziemy. Dojeżdżamy do większej stacji, jest to Motylkownia; powitała mnie wielkimi renesansowymi zabudowaniami przy wjeździe. Pociąg nagle zmienia się w autobus, kierowca ogłasza pół godziny przerwy (gdy się upewniam, odpowiada, że do siedemnastej… no osiemnastej, puszczając oko – jest prawie 19), ludzie wysiadają, wokół bardziej tradycyjna zabudowa „małomiasteczkowa”. Też decyduję się wysiąść – robi się ciemno, a mnie czeka powrót przez Warszawę, więc mimo niedużej odległości zabieram rzeczy i idę szukać kursu powrotnego.
Czy kilka lat temu, wsiadając do pociągu fotografii, czułem w jakikolwiek sposób, gdzie dotrę? Sen się skończył, zostałem tam, gdzie dotarłem; nieznane widoki, nieoczekiwane przeżycia, jak bardzo to wszystko podobne!
Motylkownia zatem to moje nowe miejsce do życia, przestrzeń niespodziewana oraz czekająca na odkrycie. Zapraszam!
With my soul!
秋元 康 „With my soul”
ここで
僕は歌いたい
心込めて
届け!愛の歌
世界の片隅で
絶望した人たちが
泣いているなら
希望を分けよう!
Wcześniejsze cytaty też są fragmentami „With my soul”.
